Wprowadzenie: Józef Gawlina, In viam pacis. Dziennik Biskupa Polowego Wojska Polskiego 1939-1945, wstęp i edycja Jerzy Myszor, Katowice 2019, [wyd.] WueM.

 Oddajemy do rąk czytelników Dziennik biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Gawliny z czasu II wojny światowej, obejmujące okres od 1 września 1939 do 8 maja 1945 r. Dzienniki, wspomnienia czy korespondencja prywatna budzą zazwyczaj powszechne zainteresowanie, pozwalają bowiem zajrzeć za kulisy różnorakich wydarzeń, których próżno szukać w dokumentach urzędowych. Jeśli na dodatek ich autorem jest osoba bliska ludziom i wydarzeniom przełomowym dla najnowszej historii, stają się one cennym uzupełnieniem źródeł klasycznych.

Ten rodowity Ślązak, Polak z przekonania, urodził się 18 listopada 1892 r. w Strzybniku na Górnym Śląsku w rodzinie chłopskiej. Nie bez przeszkód ze strony administracji pruskiej ukończył gimnazjum klasyczne w Rybniku (1914) i Wydział Teologiczny Uniwersytetu Wrocławskiego. W kwietniu 1915 r. jako poddany pruski został powołany do służby wojskowej. Nie udzielił mu się jednak entuzjazm pruskich hurrapatriotów, pragnących oddać życie za ojczyznę i cesarza, lub – w lepszym przypadku – osób reklamowanych od służby wojskowej, lecz głośno agitujących za wojną: „Zwyciężymy, bo musimy zwyciężyć”. Gawlina, ranny na froncie francuskim w listopadzie 1915 r., został odesłany do służby garnizonowej we Wrocławiu. Krótko łudził się nadzieją, że dokończy studia teologiczne i otrzyma święcenia kapłańskie. We wrześniu 1917 r. został bowiem ponownie wezwany do służby wojskowej i skierowany na front bliskowschodni. W bitwie pod Damaszkiem wzięto go do niewoli angielskiej, w której pozostawał od października 1918 do listopada 1919 r. Po powrocie do Wrocławia w lipcu 1920 r. udało mu się skończyć studia teologiczne i przyjąć 19 czerwca 1921 r. święcenia kapłańskie z rąk kard. Adolfa Bertrama. Gawlina, jako zdeklarowany Polak, postanowił służyć nowo powstającej diecezji katowickiej. W lipcu 1924 r. administrator apostolski ks. August Hlond mianował go sekretarzem generalnym Ligi Katolickiej Górnego Śląska. Był to moment, w którym nawiązała się szczególna więź pomiędzy Gawliną a organizatorem diecezji katowickiej, później jej pierwszym biskupem, a następnie prymasem Polski – Augustem Hlondem. We wrześniu 1924 r. na prośbę Hlonda Gawlina podjął się redagowania pisma „Gość Niedzielny”. Również na jego zlecenie zorganizował Katolicką Agencję Prasową (1927–1929), a w marcu 1929 r. w diecezji katowickiej objął kierownictwo diecezjalnej Akcji Katolickiej. Po śmierci bp. Arkadiusza Lisieckiego oddaliła się wizja prawie pewnej nominacji biskupiej dla Gawliny. Ponieważ nie zawsze zgadzał się z nowym rządcą diecezji bp. Stanisławem Adamskim, poprosił o przydzielenie parafii, w efekcie czego w lipcu 1931 r. został mianowany proboszczem parafii św. Barbary w Królewskiej Hucie.  O dawnym zdolnym współpracowniku nie zapomniał jednak prymas Polski. Po rezygnacji bp. Stanisława Galla pojawił się problem obsadzenia stanowiska biskupa polowego. Wpływ na to chciały mieć nie tylko czynniki kościelne, ale też władze w Warszawie. Ponadto każda decyzja dotycząca wojska musiała zapadać w porozumieniu z marsz. Józefem Piłsudskim. Gdy biskup częstochowski Teodor Kubina odmówił przyjęcia nominacji, oczy Augusta Hlonda skierowały się w stronę ks. Józefa Gawliny, który wydawał się idealnym kandydatem na to stanowisko – był przecież weteranem wojennym, wprawdzie pruskim, co nie miało jednak większego znaczenia, ponieważ większość naczelnych władz w Wojsku Polskim miała za sobą służbę w tej czy innej armii zaborczej. Ponadto Gawlina był znany jako sprawny organizator oraz – co niebagatelne – dobrze się prezentował, jak zauważył marszałek. 14 lutego 1933 r. Gawlina został mianowany biskupem polowym Wojska Polskiego, sakrę biskupią otrzymał zaś 19 marca 1933 r. w Królewskiej Hucie z rąk kard. Hlonda.

Po wybuchu II wojny światowej w nocy z 6 na 7 września 1939 r. na polecenie naczelnych władz Wojska Polskiego Gawlina opuścił Warszawę i dotarł do granicy polsko- rumuńskiej, którą przekroczył 18 września. Po krótkim pobycie w Bukareszcie 5 października przybył do Rzymu. Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej przedłużył mu jurysdykcję biskupa polowego, co pośrednio oznaczało uznanie ciągłości państwa polskiego i jego armii. 18 października 1939 r., tuż po przybyciu do Paryża, formalnie podjął obowiązki biskupa polowego Wojska Polskiego (Polskich Sił Zbrojnych na uchodźstwie). Od stycznia 1940 r. był członkiem Rady Naczelnej Światowego Związku Polaków z Zagranicy. 21 grudnia 1939 r. dekretem prezydenta Raczkiewicza został mianowany członkiem I Rady Narodowej RP, a następnie zastępcą członka Komisji Wojskowej, członkiem Komisji Prawno-Konstytucyjnej i przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych. Jego jurysdykcji podlegali żołnierze Polskich Sił Zbrojnych we Francji, w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i ZSRR (od 1942 r.), a od 1944 r. we Włoszech, w Belgii, Holandii i Niemczech. 19 kwietnia 1942 r. Gawlina przekroczył granicę ZSRR i po krótkim pobycie w Moskwie rozpoczął trzymiesięczną wizytację oddziałów Armii Polskiej w ZSRR gen. dyw. Władysława Andersa, stacjonujących w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgizji i Kazachstanie. W połowie października 1942 r. przeniósł się z Iranu do Iraku, a następnie, na początku listopada, do Jerozolimy. Na mocy dekretu papieża Piusa XII z 3 października 1942 r. został mianowany biskupem ordynariuszem dla polskich uchodźców cywilnych na Wschodzie. 15 lutego 1943 r. wyruszył w podróż do USA, gdzie spotkał się z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem. Przy pomocy prasy amerykańskiej apelował o pomoc dla polskich dzieci znajdujących się w ZSRR. Następnie brał udział w kampanii włoskiej – uczestniczył w bitwach pod Monte Cassino, o Loreto, Ankonę i Bolonię. Został uhonorowany Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. 


8 lutego 1945 r. Gawlinę mianowano Opiekunem (Protektorem) Emigracji Polskiej na czas, w którym funkcji tej nie mógł pełnić prymas Polski. 5 czerwca 1945 r. Stolica Apostolska powierzyła Gawlinie opiekę nad uchodźcami polskimi w Niemczech i Austrii. 28 stycznia 1949 r., już po śmierci kard. Augusta Hlonda, papież Pius XII  mianował go Opiekunem Duchowym Polaków na uchodźstwie, czyli Protektorem Emigracji Polskiej. W połowie 1947 r. Gawlina jako rektor zamieszkał przy polskim kościele św. Stanisława w Rzymie przy via Botteghe Oscure 15. W czasie wojny założył dwa seminaria duchowne – w Bejrucie i w Glasgow. 29 listopada 1952 r. został mianowany arcybiskupem tytularnym Madytu. W późniejszym czasie papież Jan XXIII ustanowił go członkiem Komisji Przygotowawczej dla spraw Biskupów i Zarządu Diecezjami Soboru Watykańskiego II. Od 1962 r. Gawlina brał udział w dwóch pierwszych sesjach soboru jako sekretarz Komisji dla spraw Biskupów i Diecezji. Nie było mu dane doczekać końca soboru, zmarł bowiem 21 września 1964 r. w Rzymie. Pochowano go na cmentarzu Campo Verano w Wiecznym Mieście. 8 kwietnia 1965 r. jego zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz wojenny na Monte Cassino.

Maria Sztuka, Pielgrzymki śląskie do Ziemi Świętej w latach 1840–1914

Efektem żmudnych poszukiwań i badań ks. prof. Jerzego Myszora jest publikacja pt. Pielgrzymki śląskie do Ziemi Świętej w latach 1840–1914. Studia i materiały (Katowice 2017). Omówione w pracy podróże Ślązaków do Ziemi Świętej osadzone są w obszernym kontekście społeczno-politycznym, zarówno ówczesnej Palestyny, jak i Śląska. Wiele uwagi autor poświęcił także pielgrzymce jako fenomenowi społecznemu i religijnemu. W książce można prześledzić również tradycyjne trasy pątnicze i wszelkie ślady polskie, a w szczególności śląskie, w Ziemi Świętej. Całość zamykają dogłębne rozważania na temat wpływu pielgrzymek na pobożność XIX i XX wieku.

Podstawowe pytanie, które zwykle towarzyszy naukowcowi, czyli dlaczego, nakierowane było na trzy zasadnicze obszary. Pierwszy raz pojawiło się podczas lektury opracowań historyków i pastoralistów, którzy zajmując się pielgrzymkami, sprowadzają często ten temat do swoistych anegdot, opowieści o tzw. śpiewokach, drodze, pieśniach, natomiast z socjologicznej czy teologicznej perspektywy traktowali je z pewną dozą lekceważenia. Zrozumiałe więc z punku widzenia badacza było znalezienie odpowiedzi na pytanie: skąd taka deprecjacja pielgrzymowania? Kolejne pytanie wzbudził ogromny wzrost popularności pielgrzymek do Ziemi Świętej w połowie XIX wieku, trzeci – dotyczył pobożności pasyjnej, zwłaszcza nabożeństwa drogi krzyżowej, która zagościła w kościołach katolickich od końca XVIII wieku.

– Zadałem sobie pytanie – wspomina ksiądz profesor – czy istnieje jakiś związek między pielgrzymkami do Ziemi Świętej w XIX wieku a żywiołowym wręcz rozwojem różnych przejawów kultu męki Pańskiej w ludowej pobożności.

Do podjęcia tematu skłoniła naukowca także niezwykła lektura diariuszy z pielgrzymek z początków XX wieku.

– Trafiłem na publikacje Józefa Goja – kontynuuje badacz. – To dzienniki podróży do miejsc świętych nawiązujące formą do istniejącej już literatury podróżniczej, są one jednak wyjątkowo cennym świadectwem poziomu wyrobienia kulturalnego i religijnego prostego chłopa, wyrażającego swe wrażenia bardzo szczerze i dlatego autentycznie. Józef Goj z Brzezinki pisał, jak potrafił, posługując się językiem polskim w postaci gwarowej – śląskiej. Lektura okazała się znakomitą inspiracją, zważywszy, że diariuszy na Śląsku z tego okresu zachowało się niewiele – stwierdza ks. profesor.

Początkowy etap badań polegał na żmudnych poszukiwaniach, często na wyczucie. Należało wpierw prześledzić drogi pielgrzymów, począwszy od Bogumina, gdzie krzyżowały się szlaki kolejowe na Śląsku z północy na południe, przez Wiedeń, Triest do Jaffy, czyli najważniejszego portu na ziemi palestyńskiej będącej bramą do Jerozolimy. Należało ustalić nie tylko, kim jest statystyczny pielgrzym, ale i jego personalia, miejsce pochodzenia, zawód, odwiedzane sanktuaria. Dotarcie do istniejących spisów wymagało wręcz benedyktyńskiej cierpliwości i niezbędnej w pracy naukowca intuicji. Klasyfikacja podróżujących do Ziemi Świętej odbywała się najczęściej w hospicjach, w których się zatrzymywali, na podstawie języka, jakim się posługiwali. W przypadku pątników przybywających ze Śląska nie było problemu, jeśli rejestrującym franciszkaninem był Polak, mógł on bowiem szczegółowo wypytać o miejsce, skąd przybywał pielgrzym. Sytuacja komplikowała się, kiedy zapisu dokonywał Francuz, Anglik, Włoch czy Hiszpan – wówczas podstawowym kryterium stawał się paszport lub inny dokument tożsamości, wtedy – bez względu na używany język – Ślązaka zapisywano w rubryce: katolik z Prus.

– W Jerozolimie w archiwum kustodii wykonałem tysiące fotokopii, które przez wiele miesięcy (praca nad książką trwała ponad trzy lata) skrupulatnie przeglądałem i analizowałem. Na drodze tych poszukiwań, rzecz oczywista dla historyka Kościoła na Śląsku, musiałem spotkać się z wybitnym franciszkaninem, jakim był w tym czasie ojciec Władysław Schneider.

W pracy ks. profesora J. Myszora o. Władysław, pierwszy zakonnik, który podjął pracę (w latach 1875–1887) w Ziemi Świętej, zajmuje szczególne miejsce. Był on założycielem na Śląsku Towarzystwa Bożego Grobu – filii kolońskiego czasopisma „Das heilige Land”. Wybudował w Emaus schronisko dla śląskich pielgrzymów, przyczynił się do powstania w Jerozolimie hospicjum dla pielgrzymów niemieckich (przy Bramie Damasceńskiej), podjął budowę niemieckiej szkoły w Aleksandrii, wspomagał powstające placówki sióstr boromeuszek, kolejno w Aleksandrii, Jerozolimie i Hajfie. Po powrocie na Śląsk pomagał i uczestniczył w projektowaniu kalwarii w Piekarach Śląskich, był także organizatorem Muzeum Biblijnego w klasztorze na Górze św. Anny.

– Ojciec Władysław Schneider jest kluczem do zrozumienia obecności Ślązaków w Ziemi Świętej – tłumaczy naukowiec.

Otwarcie imperium osmańskiego na świat zachodni, gwałtowny rozwój kolei żelaznej i floty statków pasażerskich Lloyda nie tylko ułatwiały podróż do Jerozolimy, ale przede wszystkim zachęcały do niej. Radykalna zmiana stosunków politycznych w imperium osmańskim w latach 30. XIX wieku spowodowała, że Bliski Wschód przekształcił się w centrum intensywnej gry politycznej. Toczyli ją Austriacy, Francuzi, Rosjanie, Anglicy i po 1870 roku również Niemcy. Pretekstem było prawo do opieki nad miejscami świętymi, a celem głównym – wojskowa, polityczna i gospodarcza obecność w tym kluczowym dla świata miejscu.

Zdominowana przez żywioł muzułmański Palestyna stała się celem osadnictwa. Pobożni Żydzi przybywali z pobudek religijnych, by u kresu życia złożyć swe kości w Dolinie Jozafata. Dzięki olbrzymim dotacjom brytyjskiego magnata i filantropa Mosesa Montefiore od połowy XIX wieku do Jerozolimy zaczęła docierać fala żydowskich osadników, a poza murami Jerozolimy powstawała coraz liczniejsza kolonia żydowska. W drugiej połowie XIX wieku pojawiły się też motywowane religijnie plany osadnicze, zwłaszcza protestantów niemieckich. Liczono, że uda się nawrócić na chrześcijaństwo przybywających Żydów, co w zamyśle utopijnych templariuszy miało być znakiem czasów ostatecznych, oznaczających powtórne przyjście Jezusa i wypełnienie się przepowiedni o nadejściu Królestwa Bożego. Najbardziej spektakularnym owocem osadnictwa templariuszy z Wirtembergii były osiedla w Palestynie liczące w sumie kilka tysięcy osadników. Mimo hucznych zapowiedzi ostatecznie jednak na wyjazd do Palestyny zdecydowało się niewielu; w 1910 roku kolonia niemieckich osadników w Hajfie liczyła ok. 700 osób, podobne, choć mniej liczne, powstawały w Jaffie, Saronie i Jerozolimie. Do osadnictwa w Palestynie przygotowywali się także Amerykanie, Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy.

– Jedną z grup kolonizujących Palestynę mieli być także Ślązacy – wyjaśnia ks. profesor. – Ojciec Władysław, widząc przeludnione wioski na Opolszczyźnie, zaczął ściągać do Emaus szukających pracy rzemieślników ze Śląska, tworząc tam zalążek kolonii śląskiej – to był kolejny trop poszukiwań badacza.

Pierwszy ślad Ślązaka (bez nazwiska) w Jerozolimie odnotował w latach 30. XIX wieku znany szwajcarski lekarz, a zarazem badacz dialektu, ewangelik Tytus Tobler, który wówczas pracował i prowadził badania w Palestynie. Napotkany przez niego Ślązak usiłował wymusić na lekarzu poparcie w hospicjum franciszkańskim w Jerozolimie, gdzie nie chciano go ponownie wpuścić. Obowiązywała bowiem tam zasada: każdy pielgrzym mógł skorzystać z darmowego kilkunastodniowego pobytu w hospicjum prowadzonym przez franciszkanów, ale tylko raz w życiu. Dlatego bracia sporządzali skrupulatne spisy, dziś nieocenione dla badaczy źródło wiedzy.

O napotkanym Ślązaku Tytus Tobler pisał: to jest jeden z ostatnich prawdziwych pielgrzymów! Kompletny abnegat, z jakimś workiem na plecach, który przeszedł piechotą pół Europy do Triestu, następnie dotarł do Syrii, a z Syrii do Jerozolimy; poszedł na pielgrzymkę, aby podziękować za dwukrotne uratowanie życia. Motyw ten był bardzo autentyczny, kierowała się nim większość pątników; niczego nie widzieli w trakcie drogi, nie znali nazw miast, które mijali, liczył się wyłącznie cel – Jerozolima. Podobnie Józef Goj, który peregrynował do Lourdes, Rzymu, Santiago de Compostela, Loretto, czterokrotnie do Ziemi Świętej – pisał o swoich pielgrzymkach wyłącznie w kategoriach religijnych, nie znajdziemy w jego diariuszach z podróży ani jednej refleksji, która wskazywałaby na to, że podczas podróży czuł się turystą.

– Ta kategoria pielgrzymów motywowanych religijnie trwała i prawdopodobnie trwa po dzień dzisiejszy mimo zmieniających się warunków zewnętrznych, które są w stanie zmienić pątnika w turystę – podsumowuje ks. profesor. – Pielgrzym wie, że decyduje się na trud, a nawet niebezpieczeństwo śmierci. Niektórzy więc zabierali ze sobą strój do trumny, mając świadomość, że może to być ich ostatnia ziemska wędrówka. Ci, którzy decydują się na pielgrzymowanie, w trudzie podróży nie szukają żadnych ułatwień. Dla nich pielgrzymka jest metaforą życia – w znoju, w trudzie zmierzają do celu. Kiedy pielgrzym przemienia się w turystę? Gdy zaczyna szukać udogodnień, nie hospicjów, lecz hoteli, wyższego standardu usług, a na trasie podróży w sanktuarium dostrzega pamiątki historii i zabytki sztuki, a nie ślad obecności Bożej.

– Zgadzam się z poglądem, że pielgrzymka jest metaforą drogi ludzkiego życia. Niezależnie od religii jest ona wkodowana w nasze DNA. W przypadku chrześcijaństwa jest to droga, na której miejsca święte zawierają w sobie element spotkania z sacrum i profanum, gdzie można dotknąć obecności Bożej. Uważam więc, że kościoły mogą pustoszeć, ale ten sam człowiek, który nie widzi swego miejsca w parafialnym kościele, dotknięty jakimś wewnętrznym impulsem w pewnym momencie życia spakuje plecak i pójdzie na pielgrzymkę. To archetyp niezniszczalny – kończy ks. prof. Jerzy Myszor.

Maria Sztuka

Pełna wersja artykułu „Pielgrzymki – archetyp niezniszczalny” ukazała się drukiem w numerze 10 (250) „Gazety Uniwersyteckiej UŚ” (lipiec–wrzesień 2017)

 

 

Jacek Żurek, Per aspera, (przedruk z: PAUza Akademicka 462, 14 III 2019)

Piszę w sprawie ostatniej ministerialnej listy wydawnictw („PAUza Akademicka, 457). Od początku XVI wieku rozsadnikiem myśli były powstające jak grzyby po deszczu, oficyny wydawnicze  niewątpliwie nowy, nowoczesny. demokratyczny (drukować mógł każdy, kogo było na to stać) i uniwersalny środek przekazu informacji. Dziś takim środkiem jest, czy się komu podoba, czy nie, Internet oraz wydawnictwa elektroniczne. Brak takich wydawnictw, które by - analogicznie jak tzw. czasopisma elektroniczne - publikowały wyłącznie w sieci. To istotne ograniczenie „papierowej" listy. Skoro figurują na niej wydawnictwa zajmujące się głównie popularyzacją, to dlaczego oficyny elektroniczne lub w ogóle strony internetowe miałyby być z tej listy wykluczone? Tym bardziej, gdy miarą oceny ma być poczytność tekstu, ukryta pod terminem „obieg naukowy". Przede wszystkim pomysł ustalenia takiej listy likwiduje konkurencję ze strony wydawnictw nowo powstających. Kto bowiem będzie chciał publikować w wydawnictwie nieprzynoszącym materialnego i naukowego profitu w postaci punktów? Nowe wydawnictwa wbrew pozorom pomagają w utrzymania poziomu, bo autor może przenieść się do konkurencji lub sam opłacić druk w dowolnej oficynie,  ponadto stymulują życie naukowe w małych ośrodkach i w przypadku badań regionalnych. Myślę, że jesteśmy świadkami podziału wpływów w świecie wydawnictw, które otrzymują demokratyczny monopol na obsługę polskiej nauki. Ponadto „lista wydawnictw” stanie się surogatem recenzji, zastępując faktycznie wymóg recenzowania prac do druku (wydawnictwa popularne zamawiać będą o wiele częściej recenzje przychylne, fikcyjne lub napisane przez samych autorów). Większość produkcji naukowej to kompilacje, przyczynkarstwo, nuda lub chłam, które w ten sposób zostałyby dodatkowo nobilitowane, otrzymując ministerialny i wydawniczy stempel „naukowości". Wydawnictwa popularne produkują dla zysku, ich właścicieli punkty nic nie obchodzą, stawiają więc autorom publikacji naukowych jeden zasadniczy wymóg - towar musi się sprzedać. Republika naukowców nie ma granic. Nauki ścisłe same regulują swój światowy obieg, bez pomocy ministerialnych punktów, o czym świadczy choćby przykład Kopernika, publikującego oczywiście w ówczesnej lingua franca, czyli po łacinie, do czego nie potrzebował żadnych zachęt ze strony rządzących. Nauki humanistyczne, i po części społeczne, mają obieg swoisty i żadne punkty go nie skorygują, nadając mu pożądany przez ustawodawcę kierunek. To mrzonka oświeceniowa. Będziemy za to świadkami, czemu służy ministerialna stymulacja, ucieczki publikacji autorskich na Zachód, uszczuplającej obieg myśli naukowej oraz wydawniczej w Polsce (a choćby w postaci nowych miejsc pracy, o których rządzący zawsze trąbią). Prof. Woleński zwrócił uwagę na rażącą dlań nieobecność na tej liście wydawnictw zagranicznych ze Wschodu. To dowód ciągłości z okresem Polski Ludowej, w której nauka jak najbardziej miała granice państwowe i geograficzne, nakreślone wymogami geopolityki, a zarazem widomy znak przejmowania polskiej myśli naukowej przez ośrodki anglojęzyczne (charaktery styczne, że .lista" traktuje po macoszemu wydawnictwa krajów romańskich), zapoczątkowany drenażem mózgów polskiej inteligencji w wyniku emigracji z lat osiemdziesiątych.

Za dobre rozwiązanie uważam system amerykański, czyli w wielkim uproszczeniu badania naukowe w rękach instytucji prywatnych, ale jego wprowadzenie musiałoby oznaczać zaprzestanie urządzania przez państwo całego życia społeczno-gospodarczego, co uznaję za niemożliwe. Zatem trzeba wlewać nowe wino do starych bukłaków i naszywać nowe łaty na stare lumpy, ale jak długo wytrzymają? Brak zaś we współczesnych dyskusjach o polskiej nauce może nie nowej, bo to wszystko stare jak świat, ale odmiennej wizji rozwoju, poza stałymi wariacjami postępującej geometrycznie etatyzacji. Jako wyjście doraźne, pośrednie, widzę zmianę charakteru ustanawiania prawa. Niech rosną kolejne punkty, listy, zasady, przepisy, co nieuniknione, lecz niech staną się tylko i wyłącznie wewnętrzną ewaluacją w urzędach, to jest niech nie mają mocy ustaw, rozporządzeń ministra itd. Powinny nosić charakter wyłącznie wewnętrznych kryteriów oceny ministerialnych urzędników, pomagających im poruszać się w tym skomplikowanym świecie na styku nauki, finansów i biurokracji. Decyzje oczywiście byłyby jawne i konkretne. Byłyby one nadal podstawą przydzielania pieniędzy, lecz za każdym razem decyzję można by skutecznie (co nie znaczy, że z pozytywnym skutkiem) zakwestionować, przedstawiając argumenty merytoryczne. Wiem, oznacza to, że urzędnik byłby sługą petenta, a nie panem, jak do niedawna działo się w Wielkiej Brytanii. Poprzedzić takie rozwiązanie musiałby przewrót umysłowy w Polsce, na miarę tego, który dokonał się w wieku XVIII. Jest to więc pieśń przyszłości.

Zakończę historią anegdotyczną, lecz chyba prawdziwą. Babcia moja wydała w latach dwudziestych ubiegłego wieku nudną jak flaki z olejem, choć - wierzę cenną dla specjalistów pracę doktorską o drukarzach poznańskich w XVI wieku. Ciź sami, tylko dwudziestowieczni drukarze oprawili z wdzięczności jeden z egzemplarzy książki w, o zgrozo, świńską skórę. Dzięki temu znalazł się on w Kanadzie na jakiejś światowej wystawie, gdzie reprezentował historyczną i współczesną polską myśl drukarską. Egzemplarz w ten sposób ocalał z zawieruchy wojennej i wrócił po okupacji do Polski, coś jak historia arrasów wawelskich w pigułce. O szczytnych celach polityki ministerialnej wiem tyle, co „Świnia o gwiazdach' (tu przypis bibliograficzny, pozwalający odrzucić zarzut o plagiat oraz wzmóc siłę cytowania - zawdzięczam znajomość tej figury retorycznej przyjacielowi z Polski, biofizykowi w Kalifornii), no więc jak ta biedna świnka, ale wiem jedno i jest to dla mnie jasne jak słońce na niebie: gdyby owa polityka wydawnicza obowiązywała sto lat temu, na pewno babcina książka w cudnej świńskiej oprawie nie ujrzałaby światła dziennego.

Jacek Żurek, Warszawa 

 

 

Daniela Dylus, Ad Fontes!

 „Do źródeł” – ten postulat renesansowych humanistów może współcześnie wybrzmieć po raz kolejny. Twórcy odrodzenia doskonale wiedzieli, że nie sposób zrozumieć europejskiej kultury bez studiów nad wielkimi dziełami starożytności. Inicjator, a zarazem redaktor naukowy serii „Źródła do dziejów Kościoła katolickiego na Górnym Śląsku”,  ks. prof. Jerzy Myszor, zdaje się uświadamiać, że obecnie – gdy przeżywamy renesans badań nad historią i kulturą naszego regionu – nie sposób pisać o przeszłości małej ojczyzny ani o tożsamości oraz wierze jej mieszkańców bez przywołania dokumentów, przypomnienia ważnych postaci i wydarzeń. Humaniści XV czy XVI wieku, studiując, a później publikując dorobek antyku, musieli wykazać się wiedzą z różnych dziedzin. Przed podobnymi wyzwaniami stanęli autorzy oraz redaktorzy poszczególnych tomów śląskiej serii. Cóż - krytyczna edycja tekstu zawsze wymaga, by osoby, które jej dokonują, stały się… ludźmi renesansu.

 Do źródeł – śladami bł. ks. Emila Szramka

Z tym większym podziwem należy odnotować fakt, że w ciągu zaledwie pięciu lat (2013-2018) ukazały się aż dwadzieścia trzy książki z wyżej wymienionej serii. To imponujące tempo wydawnicze było możliwe dzięki zaangażowaniu wielu badaczy  którzy reprezentowali różne instytucje tj. Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego, Archiwum Archidiecezjalne w Katowicach oraz Instytut Pamięci Narodowej. Oprócz wspomnianego już ks. prof. Jerzego Myszora autorami lub redaktorami tomów byli: Halina Dudała i Wojciech Schäffer, ks. Henryk Olszar, ks. Damian Bednarski, ks. Arkadiusz Wuwer, Daniel Szlachta, Anna Gudzik, Marta Sala, Michał Kłakus, Jacek Żurek, Zbigniew Hojka, Jacek Kurek oraz Anna Piontek. Starając się zgłębić wybrane problemy z przeszłości regionu, badacze pragnęli kontynuować działalność założonego w 1920 roku Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku. Wspomniane Towarzystwo, w skład którego wchodzili m.in. bł. ks. Emil Szramek oraz bp Teodor Kubina, w okresie międzywojennym opublikowało pięć tomów tekstów źródłowych pod nazwą… Fontes (‘źródła’). Współczesne „Źródła do dziejów Kościoła katolickiego…” odwołują się zatem do… źródeł przedwojennych.

Efektem pracy grona redaktorów i autorów są pozycje o bardzo zróżnicowanej problematyce, pełniące też różnorodne funkcje. Pozwalają one zarówno pogłębić wiedzę o przeszłości Śląska, jak i zweryfikować stereotypowe, powierzchowne sądy na temat regionu. Obok publikacji, adresowanych przede wszystkim do specjalistów, znajdziemy w serii książki, które powinny się znaleźć w biblioteczce wszystkich osób, zainteresowanych historią. Do tych ostatnich zaliczyć trzeba przede wszystkim biografie lub też przyczynki do biografii.

 Ludzie

 Trudno sobie wyobrazić przeszłość lokalnego Kościoła bez wybitnych indywidualności. Należą do nich przede wszystkim błogosławieni –  ks. Emil Szramek oraz ks. Józef Czempiel. Nie dziwi zatem, że serię otwiera książka, poświęcona pierwszemu z nich – Prezesowi Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku, proboszczowi parafii Mariackiej i męczennikowi z Dachau. W książce znajdują się dokumenty, wspomnienia oraz listy obozowe, stanowiące swoiste testimonium – świadectwo świętości oraz heroizmu. Podobny charakter ma publikacja, dotycząca bł. ks. Józefa Czempiela. I w tym przypadku najbardziej chyba poruszają teksty, napisane przez samego męczennika. Do rozważań na temat świętości prowokuje też pozycja Żyłem krótko i osiągnąłem swój cel. Ks. Jan Macha (1914-1942). Należy mieć nadzieję, że jej bohater – zgilotynowany podczas II wojny światowej Sługa Boży już wkrótce zostanie wyniesiony na ołtarze.

Prześladowania w czasach komunizmu to z kolei temat wspomnień ks. Rudolfa Adamczyka, zatytułowanych Czyściec. Były proboszcz katowickiej katedry w sugestywny sposób opisuje swój pobyt w stalinowskim więzieniu na Mokotowie przy ul. Rakowickiej. Co ciekawe, książka po raz pierwszy ukazała się ponad trzydzieści lat temu w Paryżu, a następnie była wznawiana  (w 1986 i 1988 roku) przez podziemne wydawnictwa. Niejako na drugim biegunie sytuuje się publikacja Ruch „księży patriotów” w województwie katowickim w latach 1949-1956. Pierwszoplanową rolę odgrywają w niej tym razem postacie, które nie zapisały się chlubnie w historii.

„Źródła do dziejów Kościoła katolickiego na Górnym Śląsku” z pewnością okażą się przydatne dla biografów ks. bp. Józefa Gawliny –  redaktora „Gościa Niedzielnego”, biskupa polowego Wojska Polskiego, duszpasterza emigrantów. Postaci tej poświęcone są aż cztery pozycje serii. Wstęp do jednej z nich zmarły niedawno arcybiskup Szczepan Wesoły. Zapoznanie się z dokumentami, dotyczącymi „Biskupa – Tułacza” (jak określił bp Gawlinę papież Jan Paweł II)  to również szansa, by odkryć kulisy ważnych wydarzeń historycznych.

Odmienny charakter mają książki, w których do głosu dochodzą ludzie zazwyczaj ignorowani przez badaczy dziejów. Do nich zaliczyć trzeba publikacje: Z pamiętnika Westfaloka oraz Pobożny Ślązak idzie na wojnę z Francuzami 1870/1871. Pierwsza zawiera interesujące wspomnienia Ludwika Hurskiego, który przez długi czas pracował w Zagłębiu Ruhry jako górnik.  Sięgnięcie po drugą z wymienionych pozycji, zawierającą listy żołnierzy z frontu, umożliwi spojrzenie na „teatr wojny” z perspektywy Ślązaka, wcielonego do armii pruskiej.

„Zwykli” ludzie dokonujący rzeczy niezwykłych to bohaterowie książki Pielgrzymki śląskie do Ziemi Świętej w latach 1840-1914. Współczesnym pątnikom, przyzwyczajonym do określonych standardów, trudno wyobrazić sobie, jak wielkie samozaparcie musiało cechować ich przodków, którzy decydowali się  wyruszyć w daleką i czasem niebezpieczną podróż. Wracając, popularyzowali nabożeństwo drogi krzyżowej oraz inne formy pasyjnej pobożności.

Dzięki omawianej serii wydawniczej udało się także ocalić od zapomnienia, a właściwie wskrzesić z niepamięci postacie kapłanów dekanatu pszczyńskiego, żyjących na przełomie XVII i XVIII wieku. Ich posłudze, problemom i dylematom poświęcona jest książka Clerus decanatus plescensis. I chociaż większą jej część wypełniają łacińskie protokoły tzw. kongregacji dekanalnych, jednak obszerne wprowadzenie i szczegółowe komentarze umożliwiają powrót do czasów, w których kapłani musieli karać parafian np. za bieganie wokół chaty z łopatą chlebową, co miało być dobrym środkiem na zapewnienie sprzyjającej pogody…

Do Pszczyny XIX wieku przenosi natomiast czytelnika pozycja na temat działalności społeczno-kulturalnej książąt z rodu von Hochberg, stanowiąca kolejny przyczynek do poznania historii śląskiej arystokracji.

 Nauczanie

 Wśród dwudziestu trzech książek, należących do serii, wyróżniają się tomy, poświęcone nauczaniu przedstawicieli lokalnego Kościoła. Tego typu źródła mogą okazać się pomocą dla wszystkich, którzy pragną poznać problemy, z jakimi borykali się mieszkańcy Śląska na przestrzeni dziejów. Wiele z nich stanowi pamiątkę ważnych dla wspólnoty wierzących wydarzeń. Na podstawie wybranych dokumentów można też prześledzić relacje między hierarchią a laikatem.

Interesującym przedsięwzięciem jest z pewnością analiza tekstów administratora apostolskiego w Katowicach, pierwszego biskupa diecezji, a późniejszego Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda, które zostały zamieszczone w czwartym tomie serii. Z pisanych przez niego w latach 1922-1926 listów pasterskich, odezw czy przemówień wyłania się sylwetka hierarchy, obdarzonego silną osobowością, zatroskanego o los wiernych, a zarazem – posługującego się piękną polszczyzną.

Każdemu, kto pielgrzymuje do Piekar Śląskich, warto polecić książki, zawierające przesłanie społeczne biskupów katowickich z lat 1966-2016. W publikacji Caritas et iustitia in re sociali znajdziemy teksty, jakie hierarchowie kierowali do mężczyzn podczas ich pielgrzymek stanowych, natomiast w pozycji Mater et familiae advocata – teksty, skierowane do kobiet. Warto zauważyć, że obie książki mogą stanowić pomoc w zrozumieniu fenomenu, jakim z pewnością jest udawanie się na pąć do Piekar. Najstarsi pątnicy z pewnością chętnie przypomną sobie przemówienie bp. Herberta Bednorza – zresztą, niektóre z wypowiadanych przez niego słów utrwaliły się w powszechnej świadomości (jak np. Niedziela jest Boża i nasza).

Jednym z ostatnich tomów serii jest zbiór radiowych i telewizyjnych homilii biskupów katowickich na uroczystość świętej Barbary (1983-2016) De profundis ad Te clamamus. Publikacja ważna, zważywszy, że ostatnio górnicze święto zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Do grupy książek, poświęconych nauczaniu Kościoła, zaliczyć można pozycję bardzo nietypową. To Tajemnice kompaturek. Księga metrykalna z Mszany (1638-1775). Poddano w niej analizie teksty, znalezione w oprawie ww. księgi  -  m.in. kazania (w czterech językach: łacińskim, niemieckim, polskim i czeskim). Mszańskie dokumenty okazały się przedmiotem zainteresowania badaczy, reprezentujących różne dyscypliny naukowe – historyków, językoznawców oraz homiletyków.

 Śląskie dziedzictwo

Przykład ostatniej z omawianych książek – Tajemnicy kompaturek  - ukazuje, jak bardzo różnorodne jest śląskie dziedzictwo – bowiem obok wspomnianych już kazań odkryto w Mszanie również sowizdrzalską Pieśń o wilczku, zapis XV-wiecznej antyfony Gloriose rex Oswalde czy listy XVII-wiecznych duchownych. Odzwierciedlenie bogactwa lokalnych tradycji i kultury oraz złożoności naszych dziejów nie byłoby możliwe bez docenienia źródeł, które dotąd traktowano marginalnie, jak np. obrazków świętych, ulotek, plakatów itp. Tego typu dokumentom poświęcone są artykuły w zbiorze Tematyka religijna górnośląskich druków ulotnych i okolicznościowych XIX i XX wieku. Jako swoiste źródło, świadczące o śląskiej przeszłości, można też traktować krzyże, figury i kapliczki przydrożne. To na nich koncentruje się uwaga autorki książki Obiekty małej architektury sakralnej w Rybniku.

Omawiając serię wydawniczą, nie sposób pominąć publikacji, które zachęcają do samodzielnych badań śląskiego dziedzictwa – przygotowanych przez pracowników Archiwum Archidiecezjalnego. Pierwsza z nich, będąca swoistym przewodnikiem po księgach metrykalnych, znajdujących się w zasobach ww. instytucji, może okazać się przydatna dla wszystkich, którzy będą chcieli stworzyć drzewo genealogiczne swojej rodziny. Druga natomiast, dotycząca dokumentów pergaminowych, przechowywanych w archiwum, wydaje się skierowana przede wszystkim do specjalistów, zajmujących się badaniem dawnych tekstów.

Dwadzieścia trzy książki, tworzące serię „Źródła do dziejów Kościoła katolickiego na Górnym Śląsku” to zbiór, który nie tylko pozwala lepiej zrozumieć przeszłość, ale również stanowi świadectwo życia naukowego na Górnym Śląsku w latach 2013-2018: licznych konferencji, wystaw, paneli dyskusyjnych itp. Okazuje się, że – podobnie jak w czasach renesansu – badania źródeł oraz ich popularyzacja stanowią impuls do rozwoju humanistyki. Pozostaje czekać na kolejne tomy cyklu – o podobnie zróżnicowanej tematyce. Bo przecież… „nic co śląskie, nie jest nam obce…” („Światło”. Pismo parafii Trójcy Przenajświętszej w Chełmie Śląskim, nr 1 (81).

Helena Synowiec, Śpiewajcie Panu z wesołości. O chełmskich „Sławnych nieszporach"

„Sławne nieszpory w Chełmie Śląskim” - pod takim tytułem ukazała się płyta z zarejestrowanym w naszym kościele 23 września 2018 r. nabożeństwem uroczystych nieszporów, które od blisko 120 lat śpiewane są w naszym kościele i stanowią religijno-kulturowe dziedzictwo parafian. Integralnym komponentem nagrania są: komentarz merytoryczny oraz teksty psalmów. W ten sposób utrwalono dla następnych pokoleń chełmian znaczące świadectwo życia muzycznego ich przodków. Dano tym samym wyraz uszanowania długoletniej tradycji, którą pielęgnuje się w Chełmie Śląskim i sąsiednim Goławcu, należącym do parafii chełmskiej do lat 60. XX wieku. Dokonanie nagrania było możliwe dzięki zaangażowaniu Fundacji Centrum Badań nad historią Kościoła im. ks. Wincentego Myszora

Wsłuchiwanie się w treść nagrania dostarcza odbiorcom głębokich przeżyć duchowych. Warto zapoznać się także z tekstem komentarza, profesjonalnie opracowanego przez ks. prof. Antoniego Reginka - muzykologa i liturgistę. Przystępnie przekazuje on cenne informacje o genezie i rozwoju nieszporów jako liturgicznej modlitwy Kościoła, o upowszechnieniu się nieszporów w języku ojczystym od wieku XVII, o poetyckich tłumaczeniach psalmów i sposobach praktykowania liturgii nieszporów aż do Soboru Watykańskiego II. W tradycji śpiewu „Nieszporów sławnych” można upatrywać świadectwo przenikania do liturgii Kościoła twórczości lokalnej. „Sławne nieszpory” zawdzięczamy ks. Aleksandrowi Lisskowi, który - pełniąc w Chełmie posługę proboszcza (1899 - 1904) - mocno zaangażował się w działalność muzyczną (założył orkiestrę dętą i tzw. Marienveren - zespół, który był chórem kościelnym i odgrywał też sztuki teatralne). W latach wzmagającej się germanizacji ks. Lissek upowszechniał śpiew pieśni religijnych w języku ojczystym, wśród nich psalmów, wchodzących w skład „Sławnych nieszporów”. Ks. prof. A. Reginek zaznajamia czytelników z doborem tekstów i melodii tego nabożeństwa, odwołując się do porównawczych badań źródłowych - modlitewników i śpiewników z II połowy XIX w. i późniejszych. Z jego poszukiwań badawczych wynika, że „Nieszpory...” mogły powstać w latach 80. XIX wieku Trudność sprawia dotarcie do źródeł melodii: najstarszy „Kancjonał” z XIX wieku zawiera śpiewy kościelne (czeskie, łacińskie, niemieckie i najliczniejsze - polskie); spisywano go w dłuższym przedziale czasowym i stale uzupełniano. Zawartość rękopisu przemawia za proweniencją śląską z II połowy XIX i początków XX wieku. Przygrywki organowe - kilkutaktowe wprowadzenia stanowią cechę wyróżniającą rękopiśmienny zapis nutowy „Nieszporów...”. Uwagę zwraca radosny i podniosły, wręcz majestatyczny nastrój nabożeństwa, osiągany dzięki tonalności durowej i stałemu metrum czterodzielnemu. Z kolei silna rytmizacja niektórych fragmentów nasuwa skojarzenie z pieśniami ludowymi, nadaje bowiem melodii taneczny charakter. Liczne powtórzenia fraz sprzyjają utrwaleniu melodii. Razi jednak umieszczanie końcowych sylab nieakcentowanych na mocnej części taktu (akcenty metryczne nie są zgodne z wyrazowymi), co każe przypuszczać, że twórca muzyki zaadaptował melodię, która już wcześniej funkcjonowała z innym tekstem.

Teksty poszczególnych psalmów przykuwają uwagę swą archaicznością. Ich autor inspirował się bowiem poetycką parafrazą starotestamentowych psalmów, zamieszczoną w zbiorze „Psałterz Dawidów” Jana Kochanowskiego, przy czym jedne fragmenty przejął stamtąd wiernie, tj. w niezmienionej postaci, a inne uzupełnił o nowe modlitewne formuły. Parafianie chełmscy, śpiewając „Sławne nieszpory”, z pewnością zauważają takie archaiczne formy, jak m.in.: imieniowi (Twojemu), gąsłeczki (zdrobniała forma nazwy gąśle - dawnego ludowego instrumentu; w ulotnym druku pojawił się zapis z gwarową wymową gąsecki). Na marginesie dodajmy, że mniej nacechowane archaicznością są teksty nieszporów, zwanych „Wielkimi nieszporami”, które śpiewa się w parafii św. Jadwigi w Raciborzu-Markowicach. Tradycja nieszporów uroczystych znana jest jeszcze w Solcu k. Prudnika, a do lat 50. XX wieku śpiewano je w innych miejscowościach ziemi raciborskiej i prudnickiej (w Babicach, Raszczycach, Raciborzu-Starej Wsi).

W Chełmie Śląskim nabożeństwo funkcjonowało i funkcjonuje nadal, wzbogacając muzycznie uroczystość odpustową i tzw. kiermasz (rocznicę poświęcenia kościoła - w niedzielę po 21 września) oraz uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. W pozostałe niedziele śpiewane są nieszpory tradycyjne.  („Światło”. Pismo parafii Trójcy Przenajświętszej w Chełmie Śląskim, nr 1 (81).